Ciut przed dwunastą,
Choć przecież to dopiero szósta…
Przyglądasz się staremu zegarowi, malujesz swe usta…
Wciąż pretensje jak do dobrze znanego ci kłamcy, podłego oszusta…
Już mniej śmieszą cię naciągane szelki opowieści…
Zawiedziona czy rzeczywista…?
I która bardziej pożądliwa w swojej treści…?
Rozchylasz kalendarze zdarzeń, Sięgasz łyżka wazową po te, ugrzęzłe w kompocie sennych marzeń… Te z zatopionych, co śnią kolorowo…
Flancujesz łudząc przede wszystkim siebie, bo przecież ty, tak naprawdę musiałaś o tym wiedzieć…
Obrączki… Kto wymyślił okragławe kółka…?
Czy to dla bezpieczeństwa..?
Czy raczej przebiegła spółka,
Z pewnymi ograniczeniami w deklaracjach własnych…. Świat jakby zawstydzony, pokurczony, ciasny…
Spójrz, czy to zapowiedź śniadania czy sztorm po wielu kolacjach..
Na najwyższej półce, księgi oprawione w skóry, po tych gratulacjach, co nie znoszą bury…
Gdy chwytają marzenia drżącymi palcami,
Czując pod ich powierzchnią snów niewyśniony aksamit…
Rozsiadasz się wygodnie w bujanym fotelu,
Dziś dzień twych urodzin…
A ty, swój przyjacielu…
Mościsz wygodnie wspomnienia, układasz je kolorami…
Bilety wczorajszych historii kasujesz pomiędzy chwilami… Które oblekłe starannie
w zapachy, słowa i gesty…
Jeszcze ciut drżące w swej ulotności , głaszczą marzeń rejestry…
Na stole szklana, karafka z czasów pewnie Art Deco… czy to odległa namiętność…
Czy bywa tak mgliście daleko…?
Gdzieś za lustra kryształem dźwięk wydobywa się czuły…
Znaczony ludzkim oddechem, dbającym o marne szczegóły…
Patera tuż obok płynie…
na swym oceanie lnianym,
Ktoś go kiedyś wyszywał, ktoś ranił nim swoje plany…
Dalej stół, krzesła stare, ćwieki do skóry przywarły, czyjeś miejsce spróchniało w oczekiwaniu swej prawdy…
Drżą twoje dłonie, gdy świece wiją się w tańcu na wietrze…
Milczysz…? To niemożliwe… Wciąż masz apetyt na jeszcze…
I dalej lekko znudzona, otwierasz drewniane szkatuły…
Wszystko jakby ściemniało, choć wciąż pieści szczegóły…
Na boku ciężkawy pierścień niechcący zasnął o świcie…
Każdego dnia życie smakujesz…
Smakujesz dniem własne życie…
Wonne rozstaju ścieżyny
uwielbiasz tak po swojemu,
Trawy czują choć przecież wciąż nie wiedząc czemu… Snują swe opowieści
z nutą powideł smażonych…I bliżej ci nieustannie, choć widok wciąż niemo chroniony…
Jesteś cząstką całości,
w tobie rodzi się powieść…
O dębowych braciach i o pierogach z miętą i o tym, że Ona na zawsze pozostanie świętą…!
Bez …. z bzem wciąż się wadzą o pierwszeństwo swej treści.. W jaśminowych ramionach w poszarzalej boleści…
Tylko kamień oblekły w strugi zapomnianej nadziei, powątpiewa czy warto o pierwszeństwo się wadzić… W bibliotece Twych marzeń –
Dobre…., niech sny swe gromadzi…

